Zapisz na liście zakupowej
Stwórz nową listę zakupową
2022-07-11

O koniach i byłej dziewczynie

O koniach i byłej dziewczynie

Copyright (C) Luigi Semenzato, 1992
 

    Pomimo, że ją uporczywie namawiałem, moja była dziewczyna nie surfowała zbyt często. Postanowiłem więc spróbować nowej techniki. Pewnego dnia wziąłem lekcję jazdy konnej. W przyszłości planuję wziąć ich jeszcze kilka, aż do skutku. Mam nadzieję, że w końcu domyśli się, że jest mi coś winna i zaczniemy razem spędzać weekendy nad wodą. Jestem przekonany, że po jakimś czasie ten genialny pomysł zacznie przynosić efekty.

W sobotę rano pojechaliśmy do Walnut Creek gdzie Martha trzyma swoje konie. Moja lekcja miała się odbyć na spocie przy sąsiednim hangarze. Przyjechaliśmy wcześniej i najpierw zaglądnęliśmy do koni Marty. Zawsze jest coś do zrobienia przy sprzęcie ..... skąd my to znamy !? Marta zaczęła od drobnych napraw związanych z usuwaniem rys i zadrapań. O dziwo tak delikatna powierzchnia miała ich całkiem sporo. Do tego celu używała jakiejś białej maści w puszce, coś jakby wosk albo szpachla. 

Wkrótce nadszedł czas na lekcję. Instruktorka, wysoka zgrabna dziewczyna, przedstawiła mi mój sprzęt (miał na imię Gilco) i pokazała jak go otaklować. Tak naprawdę okazało się to całkiem prostą czynnością. Rzeczą, która potrzebuje największego napięcia jest "grzbietolinka" przytrzymująca "dupopad". Jednak w tym przypadku nie trzeba się tak mordować jak podczas wybierania 9.0 po maszcie do dolnej listwy. Tutaj wystarczyła falbana do drugiego żebra i nawet nie musiałem używać trymrączki. Gorzej z napięciem po pysku. Te niezliczone taśmy składające się na "mordolinkę" sprawiają sporo kłopotu, zwłaszcza, że trzeba ją wetknąć zwierzęciu między zęby. Miałem trochę problemów z prawidłowym umiejscowieniem dupopad’u więc zapytałem: „Czy, żeby jechać szybciej muszę przesunąć go bardziej do przodu czy do rufy?” Instruktorka zrobiła głupią minę i burknęła: „Nie, siodło zawsze jest w tym samym miejscu”.

Trzymając za "mordolinkę" zaprowadziłem konia na spot. W tym momencie dostrzegłem pewną przewagę jazdy konnej nad windsurfingiem - miło jest prowadzić sprzęt zamiast nieść go na plecach. 
W końcu przyszedł czas na konkrety. Technika jest trochę staroświecka w porównaniu do windsurfingu, stąd moje trudności z opanowaniem podstawowych trików. Na pierwszy ogień poszedł "beachstart". Stopa w footstrap, ręce na dupopadzie, pchnięcie, wybranie i szczęśliwie ląduję na topie – o rany, ale wysoko! Dodam, że moja masztowa noga wykonała większość roboty.
Pierwszą rzeczą jaką zobserwowałem był fakt, że footstrapy są właściwie bezużyteczne. Latają sobie luźno we wszystkich kierunkach. Ktoś powinien zaprojektować coś sztywniejszego, może z carbonu?
Dostałem polecenie aby wziąć w ręce mordolinkę i zostałem pouczony  jak się steruje. Z rób to aby wyostrzyć, zrób tamto aby odpaść, zrób to aby się zatrzymać – jednym słowem typowe trele morele dla żóltodziobów. Postanowiłem skrupulatnie wykonywać polecenia  i o dziwo zadziałało. W gruncie rzeczy jest to o wiele prostsze niż pierwszy ślizg na bezmieczówce.

 Być może to moje rozczarowanie, być może znużenie sprawiło, że nauczycielka  zdecydowała się przejść do nieco trudniejszej fazy. Usłyszałem, że jestem już gotowy na kłus. Teraz dopiero zaczęło być interesująco. To była jazda jak na kartoflisku. Podczas gdy koń leciał w ślizgu ja musiałem podnosić tyłek z dupopadu w odpowiednim tempie. 
Potem przyszedł czas na ślizgi bez trzymanki. Dziewczyna zrobiła supeł na mordolince, coś na kształt węzła wyblinkowego. „Czego mam się trzymać?” zapytałem ze zdziwieniem. „Jedź bez rąk” usłyszałem w odpowiedzi. Zacząłem protestować – przecież jeśli puszczę mordolinkę to w sekundę zaliczę mega-katapę? Jednak ona upierała się przy swoim, więc nie miałem innego wyjścia. Czułem się jakbym ujeżdżał sinkera przy 7Bf. Moje podskoki nie były odpowiednio zsynchronizowane o czym nieustannie przypominał mi dupopad. Kilkakrotnie musiałem obejmować szyję konia. Całe szczęście nie miał nic przeciwko. To było doświadczenie wymagające poczucia balansu, nawet dla nas surferów, którzy przecież mogą wiele powiedzieć na temat utrzymania równowagi.

  W końcu moja jazda skończyła się tym, czym miała się skończyć. Koń poleciał bokiem jakby zaliczył potężnego spina, a ja w tym czasie próbowałem odzyskać kontrolę mocno obciążając rufę. Niestety luźne footstrapy sprawiły, że mój wysiłek poszedł na marne

 

Sporo czasu upłynęło od mojej pierwszej lekcji. W tym czasie nabrałem pewnego doświadczenia w obchodzeniu się z końmi, a moja  taktyka zaczęła przynosić pierwsze efekty.

Pewnego dnia Marta zaproponowała: "Może pojechalibyśmy nad wodę". „Niezły pomysł.” -odparłem „...ale sezon windsurfingowy praktycznie ma się ku końcowi....". "No tak, właściwie ja też powinnam zostać i potrenować z końmi do zbliżających się pokazów....". No właśnie! Przypomniałem sobie coś...  "Na parkingu w Waddell jest brama, a za nią droga prowadząca w górę doliny. Tam przecież jest kemping przystosowany dla konnej turystyki ze stajniami i licznymi szlakami konnymi! Wyobraź sobie: super camping dla koniarzy w niewielkiej odległości od super wave-spotu!" 
Marta zapaliła się do mojego pomysłu i z miejsca zajęła się rezerwacją.

Wczesnym rankiem w sobotę zaczęliśmy pakowanie: dwa konie, dwie deski, hals linka, mordolinka, dupopad, footstrapy, jedzenie, siano itd. itp. Żadnej możliwości pomyłki - cokolwiek ze skóry, szpagatu czy zwykłego materiału należało do niej, wszystko z carbonu, epoxydu, neoprenu, kevlaru i innych materiałów high-tech należało do mnie. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości - wystarczyło powąchać. 
Wyruszyliśmy wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża w jednym z największych ze znanych mi surfmobili - czterodrzwiowy, sześciokołowy pick-up z siedmiolitrowym silnikiem z przodu i przyczepą dla dwóch koni z tyłu.

Wiatr nie był zachęcający gdy zajechaliśmy na miejsce więc ustaliliśmy perfekcyjny plan, który zadawalał każdą ze stron: rano ja pojadę na jednym koniu, a Marta na drugim, popołudniu ja będę żeglował a Marta będzie mogła jeździć na obydwu koniach. Jeśli myślicie, że surferzy mają obsesję na punkcie swojego hobby to poczekajcie aż trafi wam się jedna/jeden z tych koniarzy. Ci to dopiero mają bzika!

Moje umiejętności jazdy konnej są już całkiem porównywalne z doświadczeniem w windsurfingu. Potrafię zrobić rufę, a nawet sztag bez większych obaw, pod warunkiem że koń współpracuje ze mną (to jest warunek niezbędny aby zrobić jakikolwiek trik). Nie czuję się jeszcze zbyt pewnie kiedy jadę w ślizgu; w warunkach marginalnych jest OK. ale pełny ślizg na koniu jest dla mnie cokolwiek kłopotliwy. Na nieszczęście mój koń jest trochę przeżaglowany i muszę ciągle wybierać mordolinkę aby go zastopować. Tak, tak to nie pomyłka, jak już wspominałem technika jest trochę staroświecka: aby zwolnić trzeba wybrać, aby przyspieszyć należy wyluzować!

Uderzyliśmy z kopyta i po krótkiej chwili udało mi się wejść w ślizg bez pompowania. Po jakimś czasie, gdy przyszło zrobić zwrot zdecydowałem się na carve jibe. Niestety mój koń nie chciał współpracować i zamiast ciasnej rufy wyszło mi coś o promieniu chyba kilometra. Myślę, że to z powodu jakiegoś dziwnego poczucie wolności, które pchało to zwierzę do odkrywania nowych terenów. Swoją karierę zaczynał jako koń wyścigowy, ale szybko odszedł na wcześniejszą emeryturę, którą spędzał na pastwiskach Arizony. Wkrótce jednak uciekł, dołączył do stada dzikich koni i został schwytany dopiero po roku. Marta nadała mu estradowe pseudo: "Grazing Arizona". Ja jeszcze nie mam estradowego pseudonimu dla mojej nowej deski, zastanawiam się nad: "połykaczem iceboardów".

Gdy wróciliśmy roztaklowałem Arizonę i padłem jak nieżywy. Mam już pewne doświadczenie z końmi, ale nie mam końskiej siły. Myśl o wodzie szybko jednak zregenerowała moje mięśnie. Zabrałem sprzęt i pognałem na spot. Wiatr!Fale!Surferzy! Tego dnia ocean był mój: przestrzeń, żadnych dróg, żadnego kurzu i ani jednego konia w zasięgu wzroku. 

 

Jedną z lepszych rzeczy w moim życiu jest posiadanie żony, która bierze udział w spotkaniach biznesowych w różnych, często ekstrawaganckich miejscach i na dodatek ma możliwość  zabrania ze sobą męża. W listopadzie spędziliśmy weekend w hotelu Pebble Beach Golf Reasort w Carmel. Dostaliśmy apartament większy niż nasze mieszkanie w Berkeley. Okna wychodziły na 18 dołek z oceanem w tle. Nie gram w golfa, za to pływam więc bardziej zainteresowało mnie tło niż pierwszy plan z osiemnastym dołkiem. No dobra ... przyznaję, że już wcześniej zaplanowałem wykorzystanie tego wyjazdu aby stać się Prawdziwym Klaifornijczykiem. Po raz pierwszy miałem zamiar spróbować surfingu w czystej postaci tj. bez żagla.

W sobotę rano pojechałem wypożyczonym cabrio do Monterey. Tam za małą opłatą wypożyczyłem dużą deskę surfingową, wsadziłem ją na miejsce pasażera po prawej stronie i pojechałem z powrotem na plażę w Carmel. Kilka osób już surfowało.  

Wydawało się, że trafiłem na odpowiednie warunki. Założyłem letnią piankę, w której zazwyczaj pływam na desce windsurfingowej, przypiąłem smycz do kostki i wszedłem do wody. Położyłem się na brzuchu i zacząłem wiosłowanie. Szło mi całkiem łatwo do momentu kiedy trafiłem na pierwszą falę przybojową. Próbowałem utrzymać głowę nad powierzchnią, ale to nie zdało egzaminu. Deska zrobiła zwrot o 90 stopni, a przybój zmył mnie z pokładu. Moje daremne niezliczone próby przebicia się przez przybój kończyły się za każdym razem w ten sam sposób – lądowałem w  wodzie ze smyczą owiniętą wokół łydki. Zmęczyłem się zdumiewająco szybko, postanowiłem więc zasięgnąć języka u lokalesów. 
Rzuciłem pytanie w kierunku przepływającego obok kolesia: "Hej! Ziom! Jak do cholery to się robi?" Facet uśmiechnął się tylko i odparł: "trening czyni mistrza". Ja jednak zdecydowałem się użyć raczej mojej mózgownicy niż mięśni. Zacząłem obserwować innych i ku mojemu zdumieniu zanotowałem, że wszyscy napierają na dziób deski i przedostają się przez przybój nurkując pod falami. A więc na tym polega cały trik? Przygotowałem się na nadejście fali i w odpowiednim momencie zrobiłem PLUM! 
Z potężną siłą moja twarz została wciśnięta w pokład deski. Fala wykorzystała moment mojego zawahania i zaczęła walić we mnie, cały czas wciskając głębiej i pchając w kierunku brzegu. Kiedy się wynurzyłem spostrzegłem, że linka zabezpieczająca znowu jest całkowicie owinięta wokół mojej łydki. Wygramoliłem się na plażę i padłem na piasku ledwo żywy.

Siła i odwaga wróciły po kilkunastu minutach. Ponownie wszedłem do wody i po jakimś czasie, kiedy już traciłem resztki wiary, udało mi się jakoś przebrnąć przez pierwszą, drugą i następne fale. Gdy wynurzyłem się po przebrnięciu ostatniej ze zdziwieniem stwierdziłem, że wylądowałem w środku ekipy lokalesów, siedzących w kółeczku okrakiem na swych deskach . SIEDZĄCYCH !? Oczywiście, przecież to nie windsurfing. Powinienem wiedzieć, że surfing polega na siedzeniu. Postanowiłem zrobić to samo co reszta. Wgramoliłem się na deskę i zagadnąłem: "Siema, chłopa....". Nie zdążyłem dokończyć gdny usłyszałem PLUM! Co jest? Dlaczego wszyscy odpływają? Nie minęło pół sekundy. Słońce zaszło, a raczej potężna fala zasłoniła je.  Nie kontrolowane tony wody pędziły wprost na mnie. Odwróciłem deskę, ścisnąłem ją tak mocno jak tylko się dało i zamknąłem oczy. Fala raptownie rzuciła mnie do przodu jak kamień wystrzelony z procy. Minęło półtorej sekundy i wciąż byłem żywy, choć czułem się jakbym został odwirowany w megapralce. Wtedy góra zaczęła się załamywać nade mną. Przez moment nie mogła się zdecydować czy ma zamiar mnie połknąć, czy wypluć daleko przed siebie. Ta chwila zawahania wystarczyła abym się uratował. Nagle niszczycielska siła wodnej ściany osłabła i wylądowałem wprost na plaży. Postanowiłem dać sobie spokój na dziś.  Poczłapałem do samochodu. Ze zmęczenia nawet nie ściągałem pianki. Zajechałem pod hotel akurat w momencie gdy moja żona wraz z innymi wychodziła po skończonym sympozjum.

Wśród wielu zalet, które posiadam najważniejszą jest uczciwość. Jestem zbyt uczciwy aby zaprzeczyć temu, że nie spoglądałem na zegarek aby zgrać mój przyjazd z zakończeniem konferencji. Powiem więcej, zdecydowałbym się jeszcze raz przejść przez ten magiel, tylko dla tych kilku minut chwały. Znajomi żony otoczyli samochód, nie szczędzili mi pochwał i robili zdjęcia kiedy ja opowiadałem o moich wyczynach, pomijając parę nieistotnych szczegółów. W ich oczach byłem Prawdziwym Kalifornijczykiem: brązowa opalenizna, japońskie sportowe cabrio, deska surfingowa na przednim siedzeniu, obco brzmiący akcent i ... potężny, granatowy guz na czole, o którego istnieniu jeszcze wtedy nie miałem bladego pojęcia.

Zaufane Opinie IdoSell
4.90 / 5.00 520 opinii
Zaufane Opinie IdoSell
2024-05-22
Wszystko ok
2024-05-19
Sprawa wyjaśniona szybko i profesjonalnie, dzięki !
pixel